Druga część artykułu „Świadomie o ryzyku”, który ukazał się w Taterniku jako głos w debacie na temat świadomości ryzyka w środowisku wspinaczkowym. O szkoleniach, intuicji zdobywanej doświadczeniem, autoratownictwie i etyce mówi Bogusław Kowalski, instruktor alpinizmu PZA.

Polski Związek Alpinizmu ma trzy podstawowe funkcje. Jedna to wspieranie sportu wyczynowego we wszystkich specjalizacjach. Dotyczy to zarówno bezpośrednio sportowców – kadry narodowej, jak i klubów, rozwoju talentów. Druga to reprezentowanie wspinaczy „na zewnątrz” w instytucjach publicznych, takich jak Ministerstwo Sportu i Turystyki, administracja państwowa czy władze samorządowe, ale także parkach narodowych i krajobrazowych. Ostatnia funkcja, którą szczególnie się interesuję, to podnoszenie świadomości poprzez szkolenia i dostęp do sensownych ubezpieczeń dla wspinaczy.

Nie tylko rynek weryfikuje kwalifikacje

PZA ma wpływ na szkolenia poprzez kształcenie kadry, tworzenie programów szkoleniowych i bezpośrednio poprzez kursy odbywające się w COS PZA Betlejemka. Kursy prowadzą również kluby zrzeszone w związku i instruktorzy PZA. Są oczywiście na rynku szkoleniowym instruktorzy niemający „blachy” PZA – i wielu z nich szkoli dobrze. Jednak, biorąc w nawias fakt, że sam jestem instruktorem PZA, osoby spoza związku nigdy nie będą miały takich kompetencji szkoleniowych, jak ci licencjonowani. Bierze się to z faktu, iż w PZA już na wstępie musimy spełniać określone wymogi, a później podlegamy weryfikacji i obowiązkowym unifikacjom. Sam fakt, że szkolimy, będąc obserwowani przez kolegów, i że nie tylko rynek weryfikuje nasze kwalifikacje, powoduje to, że średnie umiejętności instruktora PZA są wyższe od kogoś, kogo nikt nie kontroluje. Poza tym występuje zjawisko synergii, wiedza szkoleniowa przekazywana na unifikacjach kumuluje się i jest poddawana krytycznemu osądowi. Nie ma szans, żeby jakaś nowinka techniczna czy metodyczna przeszła bez takiej weryfikacji. W masie instruktorów PZA są wybitni specjaliści z różnych dziedzin, nikt z nas nie musi być omnibusem, dlatego możemy się wspierać i uzupełniać.

Intuicja z doświadczenia

Trzeba pamiętać, że podczas szkoleń kursant otrzymuje ogrom informacji, uczy się tysiąca czynności i wielu procedur. Jest to dobrze, o ile nie bardzo dobrze, skodyfikowane w programach kursów wspinaczkowych opracowanych przez PZA. Jednak to, czy podopieczny zdobędzie pewne szczególne umiejętności, zależy wyłącznie od warsztatu instruktora. Myślę tu o umiejętności skupiania uwagi w odpowiednich, kluczowych momentach. Nikt bowiem nie jest w stanie zachować stanu napięcia podczas wielogodzinnej akcji górskiej. Dlatego tak ważna jest łatwość łapania psychicznego oddechu w chwilach, kiedy nie ma konieczności utrzymywania wzmożonej koncentracji.

Musimy umieć monitorować pogodę, zmieniające się warunki. Musimy potrafić wsłuchiwać się w swój organizm i właściwie interpretować zachowanie partnera. Innymi słowy, instruktor powinien poza uczeniem procedur pokazywać przesłanki, na podstawie których podejmuje decyzje. To słabo definiowalna wiedza, a jej zdobycie poprzedzone jest wieloletnim doświadczeniem. Ktoś, kto zebrał go wiele, potrafi odczytać różne sygnały i odpowiednio na nie reagować. Bardzo często mówimy o kimś takim, że ma świetną intuicję – bierze się ona z setek godzin spędzonych w górskim terenie.

To jest obszar, którym szczególnie się interesuję, a jest on bardzo słabo opracowany.

Autoratownictwo

Od wielu lat promuję prowadzenie zajęć z zakresu autoratownictwa poza kursami wspinaczkowymi. Dzięki współpracy z festiwalami górskimi warsztaty organizowane są na największych imprezach w Polsce, podczas trzech najważniejszych wydarzeń górskich w Krakowie, Lądku-Zdroju i Zakopanem. Szkolenia te cieszą się bardzo dużą popularnością i są niejako z automatu dopisywane do festiwalowych atrakcji.

Spora część kolegów instruktorów dostrzegła lukę w programach szkoleniowych i wprowadziła do swojej oferty kursy z autoratownictwa. Cieszę się bardzo z tego powodu, a jednocześnie mam świadomość, że zakres materiału jest naprawdę ogromny. Można tu mówić o prostych sytuacjach awaryjnych w skałkach na drogach jedno- i wielowyciągowych latem, zimą, w górach, w górach lodowcowych (czyli wyciąganie i wychodzenie ze szczelin). Jest więc nad czym pracować, zwłaszcza że pojawiają się nowinki sprzętowe pozwalające na doskonalenie technik. Dlatego tak ważne są kompetencje instruktorów, które podnosimy podczas cyklicznych unifikacji. Właśnie wtedy wymieniamy się patentami i wymyślamy nowe. Ma to szczególne znaczenie dlatego, że nie posiadamy dobrej i aktualnej publikacji dotyczącej autoratownictwa. Obawiam się, że jeszcze sporo czasu minie, zanim się to zmieni.

Etyka

Dlaczego według mnie tak ważne są umiejętności z zakresu autoratownictwa? Przede wszystkim z powodów etycznych. Od lat promuję ideę, że zespół wspinaczkowy wybierający się na poważne cele powinien być kompletny pod względem kompetencji. W sytuacji gdy jeden ze wspinaczy ulegnie wypadkowi bądź kontuzji, drugi musi potrafić działać. Oczywiście nie zawsze można pomóc partnerowi, ale powinniśmy to potrafić, mieć przećwiczone sytuacje awaryjne. Trzeba pamiętać, że na ogół gdy dzieje się coś złego, pogoda jest kiepska, często też jest noc. Wiele akcji ratunkowych przeprowadzanych jest po zmroku, bo dopiero wtedy do poszkodowanego docierają ratownicy. Dlatego tak ważne jest, żeby sprawny partner potrafił dotrzeć do rannego, zabezpieczyć go i podjąć podstawowe działania z zakresu pierwszej pomocy. Nieposiadanie takich umiejętności w przypadku wyboru poważnego celu oddalonego od cywilizacji, wysoko w górach jest nie tylko lekkomyślne, ale również nieetyczne. Z tej zasady, z natury rzeczy, wyłączeni są instruktorzy i przewodnicy górscy, których kompetencje muszą być zdecydowanie wyższe niż ich podopiecznych.

Świadomość ryzyka zwykłych śmiertelników

Kolejna sprawa to świadomość ryzyka, jaką mają nasi bliscy. Mówił też o tym Piotr Xięski we wspomnianym wywiadzie ( „Jako środowisko wypieramy temat ryzyka i tego, co może się z nami stać po wypadku”). Każdy zdaje sobie sprawę z faktu, jak trudne może być powiedzenie komuś najbliższemu, że jadąc w Alpy, będzie się narażonym na wpadnięcie do szczeliny, lawiny, obrywy seraków, deteriorację i „pospolite” niebezpieczeństwa wynikające ze wspinania. Osoby, które rozpoczęły swoją karierę w młodym wieku, pewnie mają za sobą epizod ukrywania przed rodzicami faktycznych celów wyjazdowych. Często przenosi się to w dorosłe życie – nasze żony, mężowie czy partnerzy tak naprawdę nie wiedzą, co może się wydarzyć podczas wspinaczki. A my wcale się nie spieszymy z wytłumaczeniem rzeczywistych zagrożeń. To naturalne, że chcemy chronić swoich bliskich, że większość z nas nie potrafi szczerze mówić o ewentualnej śmierci będącej następstwem błędu popełnionego podczas wspinaczki. Mało kogo stać na to, żeby wytłumaczyć swoim najbliższym, że podczas wyjazdu czy wyprawy może wydarzyć się wszystko, łącznie ze śmiercią. Uczciwie byłoby powiedzieć, że zrobimy wszystko, co w naszej mocy, aby uniknąć wypadku. Ale, po pierwsze, nie od nas to zależy, a po drugie, przecież dobrowolnie pakujemy się w okoliczności, które zwykłym śmiertelnikom, a takimi na ogół są nasi bliscy, jednoznacznie wskazują, że jesteśmy w sytuacji bezpośredniego zagrożenia zdrowia, a często życia. Jest to kwestia słabo przerobiona w naszym środowisku, w naszych domach i związkach. Z pewnością to temat dla większości z nas, a szczególnie dla instruktorów, o który powinni rozszerzyć swoje pogadanki o etyce i odpowiedzialności.

Cały artykuł ukazała się na łamach magazynu Taternik 1/2020. Magazyn dostępny w promocji, przy zakupie najnowszego numeru, drugi archiwalny gratis, z bezpłatną wysyłką.